Ostatni opuścili go w 1987 na podstawie ułaskawienia. Nieliczni, którzy odmówili złożenia prośby o ułaskawienie zostali jeszcze na pewien czas przeniesieni do pobliskiego obozu Perm-35. Swoje wyroki w obozie odsiadywali między innymi znany rosyjski działacz na rzecz praw człowieka Siergiej Kowalow oraz litewski dysydent Balys Gajauskas. Na terenie dawnego niemieckiego nazistowskiego obozu KL Plaszow w Krakowie prowadzone są pierwsze prace budowlane, mające dostosować ten teren do planowanej tu placówki muzealnej. Obecnie wymieniane są posadzka wokół Pomnika Ofiar Faszyzmu oraz nawierzchnie ścieżek. z obozu jenieckiego Stalag Luft III w Żaganiu uciekło 80 lotników, spośród których tylko trzech nie złapano. w Bełzu (miasto obecnie na Ukrainie) oddział UPA dokonała mordu ponad 100 Polaków. 27 marca – Niemcy oraz ich ukraińscy kolaboranci dokonali pacyfikacji wsi Smoligów w powiecie hrubieszowskim. Zamordowano od 70 do ponad KL Auschwitz był największym z niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych i ośrodków Zagłady. Życie straciło tu ponad 1,1 mln mężczyzn, kobiet i dzieci. Autentyczne Miejsce Pamięci to dwie części byłego obozu: Auschwitz i Birkenau. Wizyta z edukatorem pozwoli lepiej zrozumieć to unikatowe miejsce. Trwa śledztwo w sprawie podpalenia baraku na terenie dawnego obozu jenieckiego w Kazimierzu Górniczym w Sosnowcu. To miejsce to obecnie ruina. Odwiedziliśmy miejsce w Kazimierzu Górniczym, gdzie 10 maja doszło do podpalenia baraku, który znajduje się na terenie dawnego obozu jenieckiego Arbeitskommando E 744 Stalagu VIII B (344) Lamsdorf Los więźniów obozu. Celem obozu było szybkie zakorzenienie władzy sowieckiej, którą Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) uprawnił do wydawania i wykonywania wyroków na terenach zdobytych. Odosobnieni więźniowie byli przesłuchiwani od kilku do kilkunastu godzin w obejściach pobliskich obozowi, z których NKWD przeważnie . „Apelujemy do władz Miasta Torunia o poważne rozważenie sensu kontynuowania inwestycji na terenie obozu” - piszą uczeni, politycy, samorządowcy i Honorowi Obywatele Miasta Torunia Jacek Smarz„Apelujemy do władz Miasta Torunia o poważne rozważenie sensu kontynuowania inwestycji na terenie obozu” - piszą uczeni, politycy, samorządowcy i Honorowi Obywatele Miasta Torunia. Do mediów trafiła informacja o odkryciu kolejnych masowych grobów na terenie dawnego obozu jenieckiego na Glinkach. Od lat wiemy, że na tamtym terenie zginęło około 15 tysięcy żołnierzy radzieckich więzionych przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej. Obóz nie przestał działać również po wojnie, niemieckich strażników zastąpili strażnicy z czerwonymi gwiazdami na czapkach z NKWD, a więźniami stali się wzięci do niewoli żołnierze Wehrmachtu. Teraz z każdym dniem odsłania się straszna skala tragedii, jaka tam wydarzyła się także w latach powojennych. W przeprowadzonych wcześniej i obecnie trwających ekshumacjach wydobyto już prawie 3 tysiące szczątków żołnierzy niemieckich, przy wielu z nich znaleziono nieśmiertelniki pozwalające określić tożsamość zmarłych. Odkryto również szczątki kobiet i dzieci. Pojawiają się wspomnienia, dokumenty, świadkowie, dzięki którym można przypuszczać, że na terenie obozu byli również przetrzymywani, że również tam ginęli Polacy - z Bydgoszczy, Torunia, Borów Tucholskich - oni nie nosili nieśmiertelników, dzięki którym można zidentyfikować ich wśród masy na ten temat: Osiedle Cmentarna Polana na Glinkach w Toruniu?Zaskakująca jest decyzja o budowie osiedla mieszkaniowego na terenie dawnego obozu jenieckiego, mimo powszechnej wiedzy o tragicznych wydarzeniach, które tam miały miejsce, choćby w pierwszym okresie istnienia obozu w latach 1941-1945. Tym bardziej zaskakująca jest decyzja o kontynuowaniu prac budowlanych, mimo znalezienia kolejnych masowych grobów dokładnie w miejscu mającego powstać osiedla. Należy poważnie zastanowić się, czy nie przekroczono granicy, za którą trudno już mówić o szacunku dla zmarłych i szacunku do miejsca ich pochówku. Jak byśmy zareagowali na wieści, że gdzieś w miejscu zbiorowych polskich mogił w Niemczech czy Rosji buduje się osiedle mieszkaniowe? Tym bardziej że do dziś na Glinki przyjeżdżają rodziny tragicznie zmarłych z Niemiec i Rosji po to, żeby poznać miejsce kaźni, odszukać swoich też Tajemnica kamienicy przy Rynku Staromiejskim [ZDJĘCIA] Czytaj dalej - kliknij poniżej:Apelujemy do władz Miasta Torunia o poważne rozważenie sensu kontynuowania inwestycji na terenie obozu, może należy jednak przerwać budowę i powstające obiekty przeznaczyć na cele edukacyjne, muzealne lub takie, które nie będą tak raziły w kontekście miejsca ich powstania na terenie obozowych grobów? Apelujemy o dokładnie przebadanie całego obszaru obozu na Glinkach, mając nadzieję, że również właściciele prywatnych nieruchomości pozwolą przebadać swój teren. Apelujemy do władz Miasta Torunia i prywatnych inwestorów o dokładne zapoznawanie się w przyszłości z miejscami planowanych inwestycji, żeby nie dochodziło już nigdy więcej do równie makabrycznych sytuacji. Apelujemy o właściwe upamiętnienie tamtego miejsca. Jest to również przyczynek do podjęcia dalszej dyskusji o właściwym upamiętnieniu innych miejsc martyrologii w Toruniu, choćby Forcie VII, Forcie VIII, gmachu Gestapo i UB. Apelujemy o szacunek do miejsc wielkich tragedii, Glinek i innych wyżej wymienionych, bez względu na miejsce pochodzenia ofiar, które nie zginęły z żołnierską bronią w ręku, ale zmarły z wycieńczenia, głodu, chorób lub zostały wprost zamordowane. Czytaj też: Monitoring w przedszkolu i żłobku. Kto podgląda dzieci?Dr Hubert Czachowski - dyrektor Muzeum Etnograficznego w Toruniu; prof. Stanisław Dembiński - były Rektor UMK i senator RP ; prof. Jan Hanasz -Honorowy Obywatel Miasta Torunia; Adam Kowalkowski - przewodnik, wiceprezes Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Toruniu; prof. Krzysztof Mikulski - prezes Towarzystwa Miłośników Torunia oraz Polskiego Towarzystwa Historycznego; prof. Zofia Mocarska-Tyc - Kierownik Zakładu Wiedzy o Kulturze Instytutu Literatury Polskiej UMK; Lech Narębski - były Miejski Konserwator Zabytków; Marcin Orłowski - badacz dziejów Stalagu w Toruniu, dziennikarz; prof. Wojciech Polak - historyk dziejów najnowszych Torunia, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej; dr hab. Antoni Stawikowski - Honorowy Obywatel Miasta Torunia; prof. Andrzej Tyc - były wojewoda toruński i senator RP; dr Jerzy Wieczorek - Honorowy Obywatel Miasta Torunia; Józef Wierniewski - były dyrektor V LO w Toruniu; Jan Wyrowiński - były Wicemarszałek Senatu Na komunikatorze „Telegram” jest kolportowana kłamliwa informacja, dotycząca byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Wynika z niej, że obozowych barakach są kwaterowani uchodźcy z Ukrainy. Komunikator „Telegram” jest bardzo popularny wśród osób posługujących się językiem rosyjskim. Tym samym, stanowi idealne narzędzie do rozpowszechniania wśród nich fałszywych informacji. Warto pamiętać, że za rozpowszechnianie dezinformacji są często odpowiedzialne rosyjskie specsłużby. „W specjalnie wybudowanym tymczasowym hotelu” Muzeum na terenie dawnego niemieckiego obozu koncentracyjnego ostrzega przed kłamstwem, które jest obecnie kolportowane za pośrednictwem wspomnianego komunikatora. Chodzi o to, że muzeum miało udostępnić zabudowania obozowe dla uchodźców z Ukrainy. „W tym trudnym dla narodu ukraińskiego czasie, dyrekcja zespołu muzealnego Sachsenhausen postanowiła udzielić pomocy. Jesteśmy gotowi przyjąć uchodźców, przybywających do Berlina [Sachsenhausen znajduje się niedaleko stolicy Niemiec – red.]. Posiadamy komfortowe pokoje w specjalnie wybudowanym tymczasowym hotelu na terenie muzeum. Personel Sachsenhausen z przyjemnością pomoże. Witamy w Niemczech!” – brzmi treść fake newsa, do którego dotarli muzealnicy. „Podejmiemy kroki prawne przeciwko temu fałszerstwu” Na Twitterze muzeum w obozie Sachsenhausen pojawił się stosowny komunikat w tej sprawie. Dyrekcja obiektu zapowiedziała podjęcie kroków prawnych przeciwko osobie albo osobom, które są odpowiedzialne za rozpowszechnianie nieprawdy. „Fałszywy post na Instagramie jest obecnie rozpowszechniany Na różnych grupach jest obecnie rozpowszechniany fałszywy post, z którego wynika, że pomnik pomieści ukraińskich uchodźców w barakach na terenie obozu. Fundacja podejmie kroki prawne przeciwko temu fałszerstwu” – brzmi treść sprostowania. Kilka słów o historii obozu Sachsenhausen Dawny niemiecki obóz koncentracyjny Sachsenhausen jest zlokalizowany ok. 30 km na północ od Berlina. Został założony jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, tj. w lipcu 1936. Funkcjonował do kwietnia 1945 r. Przez obóz przeszło ok. 200 tys. więźniów. Najliczniejszą grupę stanowili nasi rodacy. Oprócz nich więziono tam także obywateli Związku Radzieckiego, Żydów, Cyganów oraz Niemców, którzy zostali uznani za zagrożenie dla III Rzeszy. W Sachsenhausen zmarło lub zostało zabitych kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Dokładna liczby ofiar nie sposób ustalić. Czytaj też:„Nerwowa reakcja przywódców Polski”. Rosyjski wywiad uderza w relacje polsko-ukraińskie Źródło: W 2021 r. przypada 130. rocznica urodzin Edyty Stein – św. Teresy Benedykty od Krzyża. To dobra okazja, by zastanowić się, gdzie dokładnie urodziła się przyszła patronka Europy. Czy sprawa jest ostatecznie rozstrzygnięta? Większość wrocławian z jej osobą wiąże Dom Edyty Stein, siedzibę towarzystwa jej imienia, przy obecnej ul. Nowowiejskiej 38 we Wrocławiu. Mieszkała tam, ale nie ten budynek i nie ta ulica są miejscem jej przyjścia na świat 12 października 1891 r., w żydowskie święto Jom Kippur (Dzień Pojednania). W zapiskach autobiograficznych Edyta pisze o przeprowadzce rodziców z Lublińca do Wrocławia wiosną 1890 r. i wynajęciu przez nich mieszkania przy ul. Kohlenstrasse. „Domek, w którym się później urodziłam, już od dawna nie istnieje, a na jego miejscu stanęła nowa, duża kamienica” – napisała. Detektywistyczne badania Wspominana przez Edytę ulica nosi obecnie nazwę Stanisława Dubois. Tu sprawa jest jasna. We wszelkich publikacjach podaje się, że Augusta i Zygfryd Steinowie zamieszkali przy Kohlenstrasse 13, dodając, że należy ten adres identyfikować z dzisiejszym Dubois 29, gdzie znajduje się współcześnie wzniesiony budynek. Sławomir Kowalewski, współzałożyciel Towarzystwa im. Edyty Stein we Wrocławiu (a także były prezes warszawskiego oddziału TES), z wykształcenia historyk, po wieloletnich żmudnych badaniach dochodzi do innego wniosku. Jego zdaniem, miejsce narodzin Edyty należy lokalizować po przeciwnej stronie ulicy – południowej, pod adresem Dubois 26, gdzie dziś znajduje się parking. – W 1891 r. funkcjonowała tu tzw. numeracja okólna – wyjaśnia. – Zaczynała się po północnej stronie ulicy. Numery rosły od Pomorskiej ku Kurkowej, kończąc się na numerze 7, następnie numeracja przechodziła na stronę południową. Budynek przy Kohlenstrasse 13, gdzie urodziła się Edyta, był jednym z pierwszych domów, jakie tam powstały. Obok był budynek opatrzony numerem 14, a pod numerem 15 znajdował się cmentarz św. Macieja. Tłumaczy, że sytuacja zmieniła się w 1916 r., gdy zmodyfikowano sposób numeracji. Stronie południowej ulicy przyporządkowano numery parzyste, północnej – nieparzyste. Wtedy adres Kohlenstrasse 13 zmienił numer na 16. Po wojnie ulica otrzymała nazwę Stanisława Dubois. Została przedłużona i wtedy w miejsce numeru 16 pojawił się numer 24, a następnie 26 – kiedy do ulicy dołączono narożnik przy ul. Pomorskiej. Pan Sławomir dotarł do pisemnej relacji dawnego mieszkańca spod numeru 22, który pamiętał budynek z numerem 26. Wspominał, że kiedy w końcu lat 70. oberwał się w nim balkon, kamienica została zburzona. Sławomir Kowalewski dowody na taki stan rzeczy znalazł w różnych archiwaliach – w księgach adresowych, dawnych planach miasta. Wciąż kolejne dokumenty zdają się potwierdzać hipotezę o potrzebie zrewidowania przyjętej lokalizacji. Wspomina swoje doświadczenia z Warszawy, gdy – dzięki zaangażowaniu Zarządu Geodezji i Kartografii – doprowadził do dokładnego wyznaczenia miejsca, z którego Janusz Korczak wyruszył z dziećmi z Domu Sierot na Umschlagplatz, skąd wszyscy zostali wywiezieni do obozu w Treblince i zamordowani w komorze gazowej. – Stało się to 6 sierpnia, a kilka dni później podobny los spotkał Edith Stein. Dla mnie była to pewna całość – mówi. W Warszawie wspomniane miejsce zostało oznakowane za pomocą chorągiewek. – Może i we Wrocławiu byłoby możliwe podobne działanie? – zastanawia się. Zapewne też można by było wykorzystać pobliską ścianę boczną kamienicy na upamiętnienie w jakiejś formie graficznej Edyty czy jej to było? Państwo Steinowie zdecydowali się na przeprowadzkę z Lublińca do Wrocławia, widząc w tym szansę na poprawę swojej sytuacji materialnej, a także ze względu na dostępność szkół – dzieci nie musiały dzięki temu uczyć się z dala od domu. Edyta pisze o składnicy drewna istniejącej tuż obok wynajmowanego mieszkania. Ojciec wydzierżawił ją, otwierając nowe przedsiębiorstwo drzewne. „Z mieszkania na Kohlenstrasse, gdzie się urodziłam, zachowałam tylko jedno wspomnienie; jest to w ogóle pierwsza rzecz, jaką pamiętam” – pisze Edyta, dodając, że wydarzenie miało miejsce zapewne w drugim roku jej życia. „Przypominam sobie mianowicie taką scenę: stoję przed wysokimi białymi drzwiami i walę w nie obu pięściami, ponieważ za tymi drzwiami była moja starsza siostra, a ja chciałam się do niej dostać”. Ten pierwszy etap życia przyszłej karmelitanki zakończył się dramatycznym wydarzeniem – jej ojciec zmarł w lipcu 1893 r., doznając udaru słonecznego w czasie jednej z podróży służbowych, gdy jako handlarz drewnem w upalny dzień szedł obejrzeć las. Osamotniona Augusta, mając na utrzymaniu 7 dzieci, podjęła się samodzielnego prowadzenia firmy. Wkrótce rodzina przeprowadziła się. Zamieszkali kolejno przy obecnej ul. Kurkowej 12, potem przy dzisiejszych ulicach Myśliwskiej 5, Henryka Pobożnego 7, Roosevelta 4, a od 1910 r. – przy Michaelistrasse 38 (obecnie Nowowiejska 38), gdzie funkcjonuje od lat 90. Dom Edyty Stein, miejsce spotkań, wystaw, projektów nawiązujących do postaci s. Teresy Benedykty od Krzyża. Ścieżki Edyty i jej bliskich przebiegały przez wiele wrocławskich ulic, gmachów. Można wskazać miejsca ich pracy, nauki, modlitwy; przybywa też znaków pamięci umieszczanych dla przypomnienia niezwykłej wrocławianki. Czy dojdzie do rewizji lokalizacji miejsca narodzin panny Stein? Wyniki poszukiwań S. Kowalewskiego dotyczące Kohlenstrasse wymagają zapewne gruntownego opisu, naukowej analizy. Jest to świetny punkt wyjścia do dalszej interesującej dyskusji. – Dla mnie jest najważniejsze, żeby informacja o lokalizacji miejsca narodzin uzyskała urzędową akceptację, dzięki której ukonstytuowałaby się podstawa do działań administracyjnych (władze miejskie), technicznych (geodeci, drogowcy) oraz artystycznych – mówi, dodając, że gdyby takie działania się urealniły, w upamiętnienie miejsca narodzin Edyty gotów jest zaangażować się Jerzy Kalina, artysta znany z głośnych realizacji, także w labiryntach życia Co skłoniło S. Kowalewskiego do gruntownych badań nad szczegółami początków życia Edyty? Wspomina, że po raz pierwszy jego losy splotły się z Wrocławiem, gdy po maturze przyjechał tu z Kłodzka, rozpoczynając studia historyczne. Potem przeprowadził się do Warszawy, swoje życie wiążąc przede wszystkim z teatrem, z przedsięwzięciami literackimi, artystycznymi. O Edycie Stein usłyszał po raz pierwszy 7 czerwca 1979 r., gdy Jan Paweł II wspomniał o niej podczas homilii na terenie dawnego obozu w Brzezince. Mówił o ludziach, którzy, jak św. Maksymilian M. Kolbe, umierając, odnieśli w tym miejscu duchowe zwycięstwo. Wspomniał o karmelitance, przedstawiają ją pokrótce: „filozof, znakomita uczennica Husserla, która stała się ozdobą współczesnej niemieckiej filozofii, a pochodziła z żydowskiej rodziny zamieszkałej we Wrocławiu”. – Gdy usłyszałem te kilka słów, jakby trafiła we mnie błyskawica – mówi S. Kowalewski. Przypomniał sobie wówczas, że nazwisko „Stein” widział na tomach książek leżących na stole w Księgarni św. Wojciecha w Warszawie, opatrzonych tytułem „Z własnej głębi”. Pobiegł tam następnego dnia. Przeczytał i te publikacje, i kolejne dzieła Edith. Zaczął zgłębiać dzieje jej życia, poznawać miejsca związane z Edytą, spotykać się z ludźmi, którzy interesowali się sławną wrocławianką. – Przez wiele lat pozostawałem osobą w pewien sposób zdystansowaną wobec Kościoła. Owszem, bywałem na nabożeństwach, nie byłem niewierzący, ale od sakramentów stroniłem – wspomina. – Uważam, że to dzięki Edycie nastąpiła we mnie radykalna zmiana. Pan Sławomir zaangażował się całym sercem w upamiętnienie Teresy Benedykty we Wrocławiu. Stał się we Wrocławiu współzałożycielem Towarzystwa im. Edyty Stein, które powstało w 1989 r., a swoją siedzibę ma w dawnym domu Steinów przy ul. Nowowiejskiej (dziś to Dom Edyty Stein), tworzył poświęcone jej projekty artystyczne. Jubileuszowy rok sprzyja odkrywaniu śladów Edyty ukrytych w labiryncie miasta, ale i niezliczonych historii osobistych spotkań z nią kolejnych osób. Okazja, by bliżej poznać rodzinę Steinów i jej oddziaływanie już wkrótce. Na październik zaplanowane są główne jubileuszowe obchody urodzinowe patronki Europy, organizowane przez za: św. Teresa Benedykta od Krzyża Edyta Stein, Dzieje pewnej rodziny żydowskiej oraz inne zapiski autobiograficzne, Kraków 2005. Z sędzią Marią Trzcińską, prowadzącą w latach 1974-1996 śledztwo w sprawie niemieckiego obozu koncentracyjnego w Warszawie, animatorką ruchu na rzecz pomnika dla Polaków wymordowanych w KL Warschau, rozmawia Justyna Wiszniewska 9 października br. minęła 65. rocznica powstania niemieckiego obozu koncentracyjnego w Warszawie KL Warschau (Konzentrationslager Warschau). Wciąż jeszcze wielu Polaków, a wśród nich mieszkańców stolicy nie wie, że taki obóz w ogóle istniał, gdyż przez wiele lat otaczała go zmowa milczenia. Czym więc był obóz KL Warschau? – Obóz koncentracyjny w Warszawie był obozem zagłady dla stolicy, która zgodnie z planami okupanta miała zniknąć – zarówno pod względem urbanistycznym, jak i ludzkim – na zawsze z mapy Europy. Na terenie obozu przeprowadzano systemowo masowe mordy mieszkańców, w wyniku których zginęło ok. 200 tys. osób. Po wojnie przejęty przez NKWD – UB był de facto następnym obozem koncentracyjnym dla Polaków. Jakie były ramy czasowe funkcjonowania obozu zagłady w Warszawie? – Jeżeli chodzi o czas rozpoczęcia działania obozu, to miarodajnie ustalił to IV Proces Norymberski, który zaliczył rozkaz Himmlera z 9 października 1942 r. do materiału dowodowego. Figuruje on w rejestrze pod numerem NO 1611. Rozkaz potwierdzał fakt funkcjonowania obozu od października 1942 roku. Kres działalności KL Warschau przyniosło Powstanie Warszawskie, jednak nie od razu, gdyż jeszcze do 8 sierpnia 1944 r. w komorach gazowych KL Warschau tracono ludność powstańczej Warszawy. Gdzie znajdował się obóz KL Warschau? – Zaczęło się od lagru na Kole, gdzie w Forcie Bema, jesienią 1939 r., Niemcy urządzili najpierw obóz jeniecki dla oficerów i żołnierzy Wojska Polskiego. Rozkazem Himmlera z 9 października 1942 r. obóz jeniecki został przekształcony w obóz koncentracyjny i rozbudowany. Na przełomie 1939 i 1940 r. dobudowano w lasku obok fortu 55 nowych drewnianych baraków i urządzono miejsca kaźni, w jednym z 9 obozowych murowanych bloków przy ul. Kozielskiej, przed wojną przeznaczonych na cele sportowo-jeździeckie. Poza tym wśród baraków we wspomnianym lasku znajdowała się słynna suterena, o której zeznawał śp. prof. Jan Moor-Jankowski. Mówił, że suterena ta mieściła ok. 300 więźniów jednorazowo, zaś tygodniowo przechodziło przez nią ok. 1000 osób. Przywożono tam mieszkańców Warszawy z łapanek, którzy potem, jak się okazało, wywożeni byli do komór gazowych. W lasku znajdowały się również miejsca rozstrzeliwań oraz – jak potwierdzili to biegli – „piecowisko” – miejsce palenia zwłok, utrwalone na zdjęciach lotniczych w kształcie dużej litery „T”. W tym samym czasie, gdy na Kole utworzono obóz koncentracyjny, zbudowano również dwa lagry w Warszawie Zachodniej na tyłach dworca PKP. Między tymi lagrami działały komory gazowe w tunelu. Jeden lagier – mniejszy, który miał ok. 20 ha, mieścił się przy ulicy Skalmierzyckiej. Drugi lagier wielkości ok. 30 ha znajdował się między ulicami: Mszczonowską, Bema, Armatnią i Prądzyńskiego. Ulica Bema zbiega się z Prądzyńskiego i – bardzo ciekawa rzecz – przy ulicy Prądzyńskiego znajdowała się stara gazownia miejska i dwa obozowe „baraki dyżurne”, usytuowane obok niej na skwerze im. Alojzego Pawełka, na którym obecnie ma stanąć pomnik ofiar KL Warschau. W gazowni składowany był gaz i dostarczany do komór gazowych w pobliskim tunelu. „Baraki dyżurne” i wyspecjalizowane komando elektryków zapewniały utajnienie i bezpieczeństwo zbrodniczego procederu. Stąd ulica Prądzyńskiego jest ważną ścianą obozową w Warszawie Zachodniej. Po całkowitej likwidacji powstania w getcie warszawskim i po wywiezieniu ludności żydowskiej do Treblinki Niemcy założyli na terenie dawnego getta obóz koncentracyjny dla Polaków złożony z dwóch lagrów. Wybudowano 24 baraki, z których 19 przeznaczonych było dla więźniów, a 5 na działalność rzemieślniczą. Do obozu należał też Pawiak i dawne więzienie wojskowe. Jeden lagier rozciągał się między ulicami: Zamenhoffa, Wołyńską, Glinianą, Ostrowską i wzdłuż Gęsiej do Okopowej. Była to tzw. Gęsiówka. Drugi lagier urządzono w pożydowskiej fabryce przy ulicy Bonifraterskiej. Pomiędzy ulicami Nowolipie i Nowolipki był podobóz dla Żydów i innych narodowości. O ile lagry na Kole i w Warszawie Zachodniej funkcjonowały od jesieni 1942 r., o tyle te działały po zagładzie getta. Lagier z barakami uruchomiony został 19 lipca 1943 r., a ten w pożydowskiej fabryce przy Bonifraterskiej rozpoczął działalność 15 sierpnia 1943 roku. Choć istniał podział funkcji między trzema częściami obozowymi, to KL Warschau stanowił zwarty kompleks, połączony wewnętrzną obozową obwodnicą kolejową. W ten sposób obóz ten był samodzielny, niezależny i pełnił zbrodnicze funkcje na podobieństwo zbrodni doskonałej. Miasto nie miało tam żadnego dostępu. Z uwagi na powojenne losy obozu próbowano przez szereg lat w ogóle kwestionować jego istnienie, natomiast dziś niektórzy historycy usiłują podważać istnienie trzech części obozu KL Warschau, sprowadzając go np. jedynie do obozu na Gęsiówce… – Granice KL Warschau wykazane są na zdjęciach lotniczych Wojska Polskiego z lat 1945-1947, na których widnieje 5 lagrów w trzech częściach Warszawy, połączonych kolejką obozową. Zdjęcia te w oryginale znajdują się w Archiwum Geodezji i Teledetekcji Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Dysponujemy też opisem kartograficznym tych zdjęć wykonanym przez Państwowe Przedsiębiorstwo Geodezji i Kartografii w Warszawie. Jeżeli więc ktoś twierdzi, że było inaczej, to zaprzecza oczywistym dowodom. Istnieje również mapa obozów sporządzona osobiście przez Rudolfa Hessa, szefa Urzędu D I w Głównym Urzędzie Gospodarki i Administracji SS, reprodukowana w pracy R. Schnabla „Macht ohne Moral” z 1957 roku. Figuruje na niej 900 obozów, wśród nich są bardzo wyraźnie zaznaczone obozy zagłady, Treblinka, Majdanek czy Oświęcim i właśnie KL Warschau, które oznaczone są – bez względu na wyznanie ofiar – krzyżem. Obozy niebędące obozami zagłady oznaczone są tylko trójkątami. W zależności od rozmiaru obozu różna jest liczba tych trójkątów oznaczających obóz, względnie skupiska obozowe. W przypadku oznaczenia KL Warschau mamy zarówno krzyż, jak i trzy trójkąty. Oznacza to, że był on obozem zagłady (vernichtungslager) i posiadał trzy skupiska obozowe. Były one na Kole, w Warszawie Zachodniej oraz na terenie zlikwidowanego getta. Spór dotyczy również liczby zamordowanych Polaków w KL Warschau… – W KL Warschau zginęło ok. 200 tys. ofiar, a nie 20 tysięcy. Główny sprawca zbrodni – dowódca SS i policji w Warszawie Otto Paul Geibl, w trakcie procesu w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie 25 maja 1954 r. zeznał, że ponieważ w Generalnej Guberni ginęło dziennie ok. 40 Niemców, to w odwecie za to w Warszawie, którą uczyniono odpowiedzialną za wszystko, co działo się w Generalnej Guberni, Niemcy tracili na dobę dziesięciokrotnie większą liczbę Polaków. Wynika z tego, że ginęło ok. 400 Polaków na dobę. Jest to kategoryczne stwierdzenie, zarówno jeśli chodzi o liczbę traconych, jak i fakt, że to byli Polacy. Warto wziąć również pod uwagę to, że Geibl zeznawał we własnej sprawie, więc nie miał interesu prawnego w tym, ażeby liczbę zamordowanych ofiar zawyżać. Osobiście podpisywał dzienne kontyngenty przeznaczone do stracenia, a ich wielkość po 400 Polaków na dobę narzucona była przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie. Jeżeli więc obóz działał dwa lata, to wychodzi nawet więcej ofiar niż 200 tysięcy. Ale uwzględniając także ustalenia drugiej strony, tj. polskich organizacji konspiracyjnych, które w raportach podawały dzienne straty na 300-400 osób, przyjęto w śledztwie globalne straty poniesione w KL Warschau w granicach dolnych na 200 tys. ofiar. Skąd wzięła się ta tendencja do zaniżania liczby ofiar obozu KL Warschau? – Powróćmy do czasów okupacji. Do getta przywożono nie tylko Żydów ze stolicy, ale również z innych dystryktów, nawet z Rzeszy i ze Słowacji na zasadzie różnych porozumień… Ważne jest to, że ci dowożeni nie byli rejestrowani, stąd po likwidacji getta nie można było podać ścisłej liczby ofiar. Z drugiej strony mamy Powstanie Warszawskie, którego uczestników po wojnie ówczesne władze próbowały obarczyć odpowiedzialnością za jak największą ilość zabitych. Wtedy dla zatarcia śladów KL Warschau, 100 tys. jego ofiar dołączono do nierejestrowanej ludności w getcie, a drugie 100 tys. do ofiar Powstania Warszawskiego. I to chwyciło. Konformistyczni i nieodpowiedzialni historycy podawali, że w Powstaniu zginęło jeśli nie 280 tys., to przynajmniej 250 tys. osób. Teraz nie mogą się z tego wycofać, bo podawana przez nich liczba stawia pod znakiem zapytania wartość ich publikacji. Ale są też inne motywy. Polska jako Naród nigdy nie zdecydowała się na kolaborację. Tylko Polska i Serbia nie utworzyły formacji SS. Jednak poszczególne jednostki kolaborowały w obozie z Niemcami. Potem, jak weszli Rosjanie i powstał nowy obóz, ci ludzie, aby uniknąć odpowiedzialności, poszli na współpracę z Rosjanami, a Rosjanie po rozwiązaniu obozu, w uznaniu ich zasług umieszczali ich na eksponowanych stanowiskach w organach PRL. Ci zaś, będąc na tych wysokich stanowiskach, znowu, aby uniknąć odpowiedzialności, wpływali na IPN. Czy to jest możliwe, aby te osoby dożyły jeszcze czasów IPN? – Niektórzy jeszcze żyją, nie wszyscy. Niekoniecznie chodzi też o tych, którzy wprost rozstrzeliwali czy gazowali, ale o powiązania rodzinne. Dlatego ta sprawa jest tak trudna i przez długi czas to była zbrodnia doskonała. Nie do wykrycia. Można było twierdzić, że obozu nie było, ponieważ „skasowano ofiary”, przyporządkowując je, jak już wspomniano, częściowo do ofiar Powstania Warszawskiego, a częściowo do ofiar getta. Mówiono: „Jeżeli był obóz, to pokaż ofiary!”. Na szczęście w śledztwie zdołano ustalić reprezentatywną liczbę ofiar zamordowanych w KL Warschau. Jak to się stało, że Pani zajęła się sprawą KL Warschau? – Jako sędziego Sądu Powszechnego delegowano mnie, a był to przydział rutynowy, do prac Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Badałam sprawę egzekucji ulicznych, w których ginęło od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. Jak się szybko okazało, miało to znaczenie dla sprawy KL Warschau. Przesłuchiwałam świadków i pytałam ich, skąd tych ludzi przywieziono na egzekucję. Świadkowie odpowiadali pytaniem na pytanie: „To pani sędzia nie wie, że obóz był w Warszawie i że przewieźli ich z obozu?”. Na pytanie, co potem z nimi zrobili, odpowiadano mi, że zostali rozstrzelani. Na moje kolejne pytanie, co było potem, odpowiadano, że z powrotem zawieziono ich do obozu, bo tam spalono ich zwłoki… Tak się zaczęło. Gdy związek egzekucji ulicznych z istnieniem obozu stawał się coraz bardziej oczywisty, wówczas przedstawiłam w Komisji wniosek, że egzekucje uliczne są immanentną częścią mordów KL Warschau. Sprawa zbiegła się w czasie z wystąpieniem prokuratury niemieckiej w Monachium, która prowadziła własne dochodzenie w sprawie KL Warschau, z prośbą, by strona polska udostępniła materiał dowodowy w sprawie tego obozu. Wtedy dostałam formalne polecenie przeprowadzenia śledztwa w sprawie KL Warschau. Gdy zaczęłam je prowadzić i pojawiły się bardzo ważkie dowody, już w 1976 r. śledztwo zostało zawieszone i przerwa ta trwała do 1986 roku. Ale Pani prowadziła dochodzenie dalej – na własną rękę… – No cóż, łapie się nitkę i ciągnie. Jak nitka silna, to się idzie w głąb… Znowu zgłaszali się świadkowie w sprawie KL Warschau, niejednokrotnie z własnej inicjatywy. W 1986 r. wznowiłam więc śledztwo w sprawie KL Warschau, ale w międzyczasie prokurator Stanisław Kaniewski, który je nadzorował, zabrał mi akta bez sporządzenia odpowiedniego protokołu i zamknął w szafie pancernej na korytarzu na dwa lata. Przez ten czas nie miałam w ogóle do nich dostępu. Mówiono znowu, że nie było żadnego obozu, że to są jakieś wymysły. Zastosowałam następującą metodę: jeżeli ktoś przychodził do siedziby Komisji i pytał mnie o sprawę KL Warschau, to prowadziłam go na korytarz pod szafę pancerną i mówiłam: „Tu, w tej szafie zamknięte są akta. Oto jak przerwano i uniemożliwiono mi dalsze prowadzenie tego śledztwa”. Doprowadziłam w ten sposób do tego, że zrobiono mały film na ten temat. Wreszcie nowy dyrektor – Bogumił Dec, który chciał, żeby sprawy w Komisji były normalnie prowadzone, polecił prokuratorowi Kaniewskiemu, żeby wydał mi akta śledztwa dotyczące KL Warschau do dalszego prowadzenia, ale tamten nie wykonał tego polecenia. Proszę sobie wyobrazić, że zabrał klucze do tej szafy pancernej ze sobą, tak że trzeba było otworzyć ją urzędowo kluczami zastępczymi. Ale w ten sposób akta zostały mi zwrócone. Wielkim zwycięstwem było wysłanie kopii materiałów śledztwa do Niemiec 13 grudnia 1994 r., które były oficjalnym stanowiskiem strony polskiej – Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – w sprawie KL Warschau. Od tej pory nie można już było twierdzić, że obóz nie istniał, bo Niemcy dostali materiały niepodważalne, dotyczące istoty obozu, granic czasowo-terytorialnych, wielkości strat, urządzeń masowej zagłady. Ale teraz, jak się okazuje, co poniektórzy chcieliby to stanowisko znowu podważyć… Ma Pani zapewne na myśli trudności, jakie napotyka Komitet Budowy Pomnika Ofiar Obozu KL Warschau. Kiedy Państwo rozpoczęliście swoją działalność? – Po zgromadzeniu materiału jednoznacznie przesądzającego o ludobójczym funkcjonowaniu obozu można było zacząć myśleć o budowie pomnika, ale tu pojawiła się kolejna przeszkoda, a mianowicie brak publikacji na temat KL Warschau. Wówczas napisałam książkę na ten temat. Podczas jej promocji w 2002 r., zawiązał się Komitet Budowy Pomnika Ofiar KL Warschau. Ta pierwsza, skromna publikacja została przedłożona Papieżowi Janowi Pawłowi II, za którą otrzymałam najcenniejsze dla mnie podziękowanie. Doprawdy trudno w to uwierzyć, ale nie było wcześniej żadnej publikacji na temat tego obozu. Proszę przypomnieć, jak doszło do przyznania skweru im. Alojzego Pawełka jako terenu pod budowę Pomnika Ofiar Obozu KL Warschau? – Komitet Budowy Pomnika Ofiar KL Warschau zwrócił się oficjalnie w 2002 r. do Wydziału Architektury Urzędu Miasta Warszawa Wola z prośbą o przyznanie miejsca na lokalizację pomnika, bo na tym terenie był obóz. Urzędnicy z własnej inicjatywy zaproponowali lokalizację pomnika na skwerze im. Alojzego Pawełka przy ul. Prądzyńskiego (ściana byłego obozu) oraz opracowali projekt zagospodarowania przestrzennego tego skweru. Jako Komitet propozycję przyjęliśmy i zwróciliśmy się do Rady Miasta Warszawy, żeby wydała w tej sprawie stosowną uchwałę, i taka uchwała została jednogłośnie przyjęta 11 marca 2004 roku. Oto sentencja tej uchwały: „Wyraża się zgodę, by Pomnik Pamięci Pomordowanych w KL Warschau stanął zgodnie z wolą Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Obozu KL Warschau na skwerze im. Alojzego Pawełka w dzielnicy Wola Warszawy. Wykonanie Uchwały powierza się prezydentowi Warszawy”. Na czym w związku z tym polega problem z budową pomnika? – W uchwale Rady Miasta jej wykonanie zleca się prezydentowi miasta Warszawy. Dlatego zwróciliśmy się do prezydenta z prośbą o zatwierdzenie tej lokalizacji. Czy pojawiły się jakieś trudności w rozwiązaniu tej sprawy ze strony ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego? – W wywiadzie udzielonym „Naszemu Dziennikowi” 23 września 2005 r. wypowiedział się pozytywnie: „Ja przez dłuższy czas byłem informowany oficjalnie, że istnieje zasadniczy spór co do tego, czy ten obóz w ogóle istniał. Poza tym moją nieufność budziła osoba ministra Kąkola, za którego czasów ta sprawa wybuchła. Dziś wiem, że obóz istniał, więc problem jest rozwiązany. Pomnik będzie…”. Na pytanie: Kiedy?, ówczesny prezydent Warszawy odpowiedział: „Pieniądze są już w tej chwili”. W sytuacji, gdy prezydent Lech Kaczyński został wybrany na prezydenta RP, załatwienie tej sprawy przeszło na jego następcę – Hannę Gronkiewicz-Waltz. Jakie zatem jest stanowisko pani prezydent w tej sprawie? – 2 stycznia br. jako Komitet byliśmy na spotkaniu z Hanną Gronkiewicz-Waltz i przedstawiliśmy prośbę o zatwierdzenie tej lokalizacji. Pani prezydent powiedziała, że musi skonsultować tę sprawę z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim. Ale dlaczego? Przecież decyzja lokalizacyjna została już wydana i obecny prezydent Warszawy ma pełne kompetencje własne, aby ją wykonać, tym bardziej że poprzedni ostatecznie wypowiedział się pozytywnie. A nawet gdyby teoretycznie w minionym okresie wydał decyzję negatywną, to teraz nowy prezydent Warszawy w oparciu o aktualne akty samorządowe może wbrew temu podjąć decyzję pozytywną. Dlatego też tego rodzaju podejście do sprawy budowy pomnika wyglądało raczej, moim zdaniem, na szukanie pretekstu, aby takiej zgody nie wydać. I rzeczywiście tak się stało. W decyzji nr 290/WOL/07 z 16 lipca br. prezydent Warszawy H. Gronkiewicz-Waltz odmówiła ustalonej lokalizacji pomnika: „Odmawiam ustalenia lokalizacji inwestycji celu publicznego dla inwestycji polegającej na budowie Pomnika Ofiar Obozu Zagłady KL Warschau na działce nr 34 z obrębu 6-04-07 na skwerze im. Alojzego Pawełka w dzielnicy Wola Warszawy”. W uzasadnieniu pani prezydent powołała się na negatywne stanowisko Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W uzasadnieniu pani prezydent czytamy więc „Brak akceptacji Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa dla założeń programowo-ideowych pomnika przyjętych przez zainteresowany Komitet (opartych na tezach książki Marii Trzcińskiej, które nie znalazły potwierdzenia w trwającym śledztwie prowadzonym przez Instytut Pamięci Narodowej) wynika z braku powiązania proponowanej lokalizacji pomnika z udokumentowanymi granicami obozu ani też z rzeczywistym miejscem pochówku ofiar obozu”. Przypuszczam, że nie zgadza się Pani z tą argumentacją… – Po pierwsze, skwer im. Alojzego Pawełka przy ul. Prądzyńskiego mieści się w ścisłych granicach obozu KL Warschau, o czym już była mowa. Chcę podkreślić, że to nie ja osobiście udowadniam ten fakt, ale przywołane zdjęcia lotnicze i ich odczyt w Państwowym Urzędzie Geodezji i Kartografii. Po drugie, nawet gdyby tak nie było, to przecież pomnik upamiętniający ofiary obozu nie musi stać ściśle w jego granicach terytorialnych, gdyż jest znakiem pamięci. Dlatego ten argument jest w ogóle nie do utrzymania. Jeśli zaś chodzi o kwestię „rzeczywistego miejsca pochówku ofiar”, to w tym przypadku należy zdawać sobie sprawę z tego, że ich ciała były palone w krematoriach, a prochy rozsiewane na gruntach miejskich na bardzo rozległym terenie pomiędzy Boernerowem, terenem obozu na Kole aż do ściany cmentarzy przy ulicy Powązkowskiej. Zostało to zresztą udowodnione przez specjalną komisję ekshumacyjną. Rozsiewano prochy – to jest straszna rzecz! W Warszawie mamy po prostu poobozowy cmentarz, po którym chodzimy, a który nie ma nawet tablicy informującej o tym. Doprawdy trudno sobie to wszystko wyobrazić! A jaki jest stosunek IPN do wyników Pani wieloletniego śledztwa prowadzonego w sprawie KL Warschau, na których oparta została wymowa ideowa projektu Pomnika Ofiar Obozu KL Warschau? – Obecny prezes IPN prof. Janusz Kurtyka wydał w tej sprawie stanowisko pozytywne. Kiedy zauważyłam, że w kontekście budowy pomnika pojawiają się różne przeszkody i próby dezinformowania społeczeństwa, złożyłam w IPN oficjalny wniosek, żeby w związku z projektem pomnika prezes IPN wydał oficjalne stanowisko w sprawie KL Warschau. Tak też się stało. W dokumencie z 26 października 2006 r. stwierdzone zostało „Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (…) w pełni popiera ideę budowy pomnika poświęconego ofiarom KL Warschau i jednocześnie wyraża należne uznanie i szacunek dla szlachetnej misji, podjętej przez członków Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Obozu – KL Warschau. (…) Prowadzone w Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu śledztwo w sprawie KL Warschau, będące kontynuacją postępowania rozpoczętego w 1974 r., oraz jego dotychczasowe rezultaty – w świetle uchwały Sejmu RP z dnia 27 lipca 2001 roku – pozwalają na uznanie treści tej uchwały za wystarczającą inspirację do dalszych działań na rzecz budowy pomnika w sprawie KL Warschau”. Dlaczego więc to stanowisko nie jest brane pod uwagę? Jeżeli zaś pan Andrzej Przewoźnik, a za nim pani prezydent H. Gronkiewicz-Waltz powołują się na wcześniejsze stanowisko pracowników IPN negujących KL Warschau, to jak mamy to rozumieć? Czyżby stanowiska formułowane w niechlubnym okresie zamazywania prawdy o obozie KL Warschau miały dziś ponownie stać się podstawą do szkodzenia sprawie w postaci braku zatwierdzenia lokalizacji i odmowy budowy pomnika ofiar KL Warschau? Ale w przytoczonym stanowisku napisane jest również, że IPN opublikuje raport Komitetu Budowy Pomnika Ofiar KL Warschau w sprawie tego obozu przygotowany przez sędzię Marię Trzcińską i raport dr. Bogusława Kopki, pracownika IPN, w celu upowszechnienia wyników badań na ten temat. Druga z zapowiadanych publikacji niedawno się ukazała. Co Pani o niej sądzi? – Przede wszystkim książka dr. B. Kopki nie dotyczy 5-lagrowego kompleksu KL Warschau, lecz przedstawia wyłącznie jeden lagier na terenie zlikwidowanego getta. Jest zastanawiające, że IPN, z którym wiązaliśmy nadzieję na prawidłowe zakończenie sprawy KL Warschau, wydał książkę dr. Bogusława Kopki, pozostającą w rażącej sprzeczności nie tylko z dowodami śledztwa, ale także z przytoczonym przeze mnie stanowiskiem samego prezesa IPN prof. J. Kurtyki. Najciekawsze jest to, że książka dr. B. Kopki pt. „Konzentrationslager Warschau. Historia i następstwa” jest plagiatem z moich publikacji. Pan dr Bogusław Kopka oparł swoją publikację, której promocja odbyła się 26 września br., na materiałach dowodowych opracowanych przeze mnie w śledztwie i na moich książkach: „Obóz zagłady w centrum Warszawy – KL Warschau”, wydanej w 2002 r., oraz „KL Warschau w świetle dokumentów – Raport dla Prezesa IPN na potrzeby szkół i budowy Pomnika”, wydanej na początku 2007 roku. Doktor Bogusław Kopka próbuje na siłę przedstawić inny stan faktyczny KL Warschau, niż był w rzeczywistości. Twierdzi np., że obóz ten nie był obozem zagłady, tymczasem o czym innym świadczy chociażby opublikowana przeze mnie mapa sporządzona przez Rudolfa Hessa, na której KL Warschau widnieje jednoznacznie jako obóz zagłady – vernichtungslager, oznakowany identycznie jak inne obozy zagłady: Treblinka, Auschwitz czy Majdanek. Powraca również zaniżanie liczby ofiar. Gdyby nie rozważać żadnych innych nieprawidłowości, przekrętów i kłamstw, to biorąc pod uwagę tylko ten jeden dokument – mapę Hessa, wbrew której dr B. Kopka twierdzi, że KL Warschau nie był obozem zagłady, a więc twierdzi co innego niż to, o czym ten dokument świadczy, to przez to samo cała jego książka staje się merytorycznie bezwartościowa. Bowiem z charakteru obozu, z faktu, że KL Warschau był obozem zagłady, wynikają wszystkie inne ustalenia, a przede wszystkim liczba mordowanych ludzi, które w obozach zagłady nie były doraźne, lecz systematyczne, wykonywane masowo, według narzuconych kontyngentów. Powtórzę jeszcze raz, w KL Warschau kontyngenty mordów narzucone przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie wynosiły do 400 Polaków na dobę, które – jak zeznał Otto Paul Geibl – były wykonywane. Można zadać pytanie, czy nie wchodzi w rachubę „przestępstwo oświęcimskie”. Jest cały szereg nieprawidłowości w tej książce, które wprowadzają Czytelnika w błąd. Ograniczyłam się na razie do tego jednego przykładu. Jak mimo tych przeciwności można pomóc sprawie budowy pomnika? – Społeczeństwo przyjęło z dezaprobatą decyzję pani prezydent. Od pewnego czasu organizowane są protesty z inicjatywy naszego Komitetu, jak również Stowarzyszenia Rodzin Warszawskich WARS i SAWA oraz Komitetu Upamiętnienia Ofiar Obozu Zagłady KL Warschau. Zakończą się one z chwilą wydania decyzji lokalizacyjnej dotyczącej pomnika na skwerze im. Alojzego Pawełka przy ul. Prądzyńskiego w granicach dawnego obozu i rozpoczęcia budowy pomnika. Podczas uroczystości rocznicowych powstania obozu, jakie odbyły się 7 października br., została wystosowana petycja do wojewody mazowieckiego z prośbą o uchylenie negatywnej decyzji prezydent H. Gronkiewicz-Waltz i rozpoczęcie budowy pomnika. Czekamy na odpowiedź. Kłopoty z obozem KL Warschau, jak widać, ciągną się do dziś, ale pomnik dla Polaków wymordowanych w KL Warschau powstać musi. Pomocą w realizacji tego celu ma być też ostatnia moja książka: „KL Warschau. Obóz Zagłady dla Polaków”, która będzie w księgarniach już w końcu tego miesiąca. Dziękuję za rozmowę. Pochylam głowę w hołdzie dla zamordowanych tu ludzi; Żydów, Polaków, Rosjan, Jugosłowian, Niemców, Węgrów - napisała wicepremier Beata Szydło w liście do uczestników środowych obchodów 76. rocznicy utworzenia przez Niemców w Brzeszczach podobozu Jawischowitz. Należał on do kompleksu ponad 40 podobozów, które były częścią niemieckiego KL Auschwitz. Więźniowie pracowali w miejscowej kopalni węgla. Zginęło tu kilka tysięcy osób. 15 sierpnia przedstawiciele władz państwowych i samorządowych, a także dyplomaci z Niemiec i Węgier, złożyli kwiaty pod pomnikiem, który został wzniesiony w miejscu, gdzie niegdyś istniał podobóz. Wicepremier Beata Szydło w liście podkreśliła, że Jawischowitz "stał się więzieniem i miejscem kaźni przesiąkniętym krwią setek niewinnych ofiar niemieckiego, nazistowskiego przemysłu zagłady". "Ich gehenna zaczęła się w dzień taki jak dziś, 15 sierpnia 1942 r. Wtedy do obozu Jawischowitz trafił pierwszy transport więźniów. 150 francuskich Żydów rozpoczęło przymusową, katorżniczą pracę w pobliskiej kopalni" - wskazała. Jak podkreśliła, więźniowie - niedożywieni, wycieńczeni, osłabieni i chorzy - nie byli w stanie sprostać wyśrubowanym normom wydobycia węgla. "Esesmani karali chłostą, urządzali publiczne egzekucje, wydłużali czas pracy do granic ludzkiej wytrzymałości, a nienadających się do pracy, kierowali do komór gazowych" - napisała. Wicepremier przypomniała o pomocy, którą więźniom niosła miejscowa ludność. "Z narażeniem życia nieśli pomoc uwięzionym. Zimą 1945 r. uratowali najbardziej wycieńczonych i chorych, którzy nie byli w stanie ruszyć w marszu śmierci. () Przeżyli dzięki pomocy naszych rodaków. Ta historia, choć tak trudna i bolesna, nie może zostać zapomniana" - podkreśliła. "Pochylam głowę w hołdzie dla zamordowanych tu ludzi; Żydów, Polaków, Rosjan, Jugosłowian, Niemców, Węgrów. W ten pamiętny rocznicowy dzień modlę się za spokój ich dusz" - napisała. Prezes brzeszczańskiej Fundacji Pobliskie Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau Agnieszka Molenda, która organizuje uroczystości, powiedziała, że gdy pada nazwa "Auschwitz", myślimy najczęściej o obozie w Oświęcimiu lub o Birkenau. "Mniej myślimy o kompleksie podobozów. Tutaj znajduje się jeden z nich. To podobóz Jawischowitz. Tu także ginęli ludzie. Ważne jest, by o tym pamiętać" - powiedziała. Historycy z Muzeum Auschwitz przypomnieli, że tuż po zajęciu Polski przez Niemców w 1939 r. majątek państwowy został zajęty przez okupanta. Z początkiem 1940 r. Państwowa Kopalnia Węgla Kamiennego Brzeszcze Jawiszowice przeszła pod zarząd niemiecki. Weszła w skład koncernu Hermann Goering Werke. Na początku 1942 r. koncern, chcąc zwiększyć zatrudnienie w kopalni, wybudował kompleks baraków dla robotników przymusowych. W połowie roku podpisał umowę z SS, na podstawie której pobliski obóz Auschwitz miał dostarczyć do Brzeszcz 6 tys. więźniów. W lipcu nadzór nad powstającym podobozem przejęła komendantura Auschwitz. 15 sierpnia 1942 r. do podobozu Jawischowitz został skierowany z Auschwitz pierwszy transport 150 więźniów. Byli to Żydzi z Francji. Podobóz był pierwszym w niemieckim systemie obozowym, w którym więźniowie pracowali pod ziemią. W 1944 r. podobóz osiągnął maksymalny stan liczbowy - ponad 2,5 tys. osób. W 95 proc. byli to Żydzi. Warunki w obozie były bardzo ciężkie. Panowała wysoka śmiertelność. Niezdolni do pracy najczęściej byli mordowani w komorach gazowych lub dosercowym zastrzykiem fenolu. Stan liczbowy był uzupełniany nowymi transportami z obozu głównego. Pomimo groźby kary śmierci więźniom pomagali mieszkańcy Brzeszcz i Jawiszowic. Potajemnie dostarczali im żywność i lekarstwa. Przenosili korespondencje i pomagali w ucieczkach. Górnicy często wykonywali za nich pracę i dzielili się swoim jedzeniem. 18 i 19 stycznia 1945 r. ok. 1,9 tys. więźniów zostało popędzonych przez Niemców na Zachód. W obozie pozostało kilkudziesięciu więźniów, których 27 stycznia oswobodzili żołnierze sowieccy. Dokładna liczba ofiar podobozu Jawischowitz nie jest znana. Prawdopodobnie zginęło w nim kilka tysięcy osób. Współcześnie o byłym podobozie Jawischowitz przypomina budynek łaźni. Fundacja Pobliskie Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau stworzyła w nim ekspozycję ukazującą warunki pracy i życia więźniów. Zobaczyć w niej można oprócz elementów wyposażenia łaźni także narzędzia pracy - szuflę, kilof, kask, lampkę górniczą, czy buty oraz miski, sztućce, elementy odzieży. W miejscu, które zajmował plac apelowy, zachowała się oryginalna betonowa latarnia. Obok stoją także kopie betonowych figur przedstawiających robotników, które wykonane zostały w 1944 r. na zlecenie Niemców przez więźnia Jacquesa Markiela. Na terenie dawnego obozu w 1983 r. odsłonięty został monument upamiętniający ofiary. Reliktami poobozowymi opiekuje się brzeszczańska Fundacja Pobliskie Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau. Działa ona na rzecz ratowania rzeczy, przedmiotów oraz artefaktów związanych z byłym niemieckim obozem i jego podobozami, które znajdują się obecnie w rękach prywatnych. Opiekuje się budynkiem w Brzeszczach Borze, w którym podczas wojny Niemcy ulokowali obozową karną kompanię kobiet, a także dawną kuchnią i kantyną SS w bezpośredniej bliskości obozu Auschwitz. Niemcy założyli obóz Auschwitz w 1940 r., aby więzić w nim Polaków. Auschwitz II-Birkenau powstał dwa lata później. Stał się miejscem zagłady Żydów. W kompleksie obozowym funkcjonowała także sieć kilkudziesięciu podobozów.

jaka instytucja działa obecnie na terenie dawnego obozu